niecodziennik

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buenos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buenos. Pokaż wszystkie posty

wtorek

RUTYNA

Sorrry za brak systematycznosci w zamieszczaniu postow, ale mam sporo na glowie... zaczalem tez kurs - sami amerykanie i brytyjczycy, wiec z maja angielszczyzna jest to nie lada wyzwaniee. 
co wiecej musze wstawac o 8...  mam cztery godziny zajec, prace domowe, trzeba prowadzic jakies zycie towarzyskie...  no i jeszcze tutejsze warunki klimatyczne - z lekka dusznawo i cieplawo...
kaleczenie angielszczyzny i masakrowanie hiszpanszczyzny wymaga ode mnie troche koncentracji, wiec, krotko mowiac, wieczorem nie potrafie sie juz nawet przedstawic....

brzmi jak horror, ale gwoli scislosci, jest przezajebiscie. na tym stwierdzeniu na razie poprzestane...
wkrotce szczegoly, obiecuje...

no, moze tylko dwa slowa... drugiego dnia pobytu natknalem sie przypadkiem na gay pride. mieszkam naprzeciwko kongresu, a takie imprezy zwykle koncza sie w takich miejscach. niczego nieswiadomy wracalem sobie po szesciogodzinym spacerze do domu. halas, tlum, jakies, karwa, teczowe flagi, platformy z  trzyczwartenagimi kobietami, ktore w skapych majtkach ukrywaja co nieco... gruba impreza... 
trza przyznac -  potrafia sie bawic!

sobota

BA

Dzien DRUGI

chcialem wrzucic zalegle zdjecia z paryza, ale chyba sie nie uda. komputer nie wykrywa mojego pendrive'a.

wciaz jest niezle. coraz lepiej. mimo zmeczenia po podrozy, wczoraj strzelilem sobie jeszcze dwugodzinna progulke po miescie. olbrzym. ludziu multum. robi wrazenie...

wieczorem mialy miejsce pierwsze proby intergacji ze wspollokatorami.
calkiem mili ludzie... bylo piwko. ogladalismy ¨american history X´´.
holenderscy koledzy chcieli mnie wyciagnac na jakies bale szlone.

zmeczenie, zmiana strefy czasowej i antypatyczne usposobienie zrobily swoje... podziekowalem i zasnalem jak dziecko
...
wciaz w kontakcie

pozdr

piątek

¡Saludos desde Buenos Aires!

eloma,
jestem juz w buenos od dbrych pieciu godzin... podroz byla kuressko meczaca.. 12'5h z madrytu, a wczesniej jeszcze lot z paryza. aircomet to takie poltanie linie lotnicze... wiec psie zarcie, racjonowany alkohol i scisk... siedzialem w samym srodku miedzy przemila chilijka, ktora co chwile czestowal mnie cukierkami i jakas pare w srednik wieku z argentynskich wyzszych sfer.. myslalem, ze nogi wejda mi w dupe... do tego chilijka wciaz spala, a ja, dobrze wychowany chlopiec z polski, nie chcialem jej budzic, wiec z siusianiem tez nie bylo wporzo...
niewazne. jestem w buenos. pogoda wysmienita. akademik to pietro w kamienicy podzielone na pokoje... do tego kuchnia, lazienki, salon z tv i dvd, pokoj rekreacyjny. pelny wypasik.
z hiszpanskim ciezko. na razie rozmawialem, glownie poprzez przytakujace ruchu glowy, z sprzataczko-recepcjonistkami. przemile kobiety. stwierdzily , ze po trzech miesiacach na pewno bedzie lepiej..

to bylo na tyle pierwszego meldunku... ide poznawac miasto i cieszyc sie atmosfera.

wkrotce jakies zdjecia powinienem wrzucic.

ach, bym zapomnial...
tymczasowo jestem bez telefonu, wifi w akademiku tez nie dziala, zatem kafejka ostatnia deska ratunku...
zyje, mam sie niezle, choc zjeban przepotwornie...